Imieniny cioci Fotoblog

Fotoblog

Posted by admin on October 16, 2015

Imieniny cioci - czyli skąd wzięła się nazwa

   Przyszło mi do głowy, że gdy ktoś mnie pyta, skąd wzięła się nazwa „Imieniny Cioci”, to ciężko mi w paru słowach na to odpowiedzieć.
    Cofnijmy się do zamierzchłych czasów. Co prawda po ziemi już nie biegały wtedy dinozaury, ale Internety (jeśli już były), działały tylko przez modem. Była to może trzecia, czy czwarta klasa podstawówki, kiedy dorwałam w swoje ręce pierwszy aparat. Analogowy automat, na domiar złego z pękniętym flashem (oklejonym taśmą przezroczystą - choć dziś na pewno użyłabym duct tape!). Zabierałam go na wszystkie wycieczki szkolne i prześladowałam z nim kogo się dało (kogo nie dało – też, a nawet – zwłaszcza!). Dałabym rękę uciąć (niekoniecznie swoją), że 90% zdjęć, które wtedy zrobiłam, dziś znalazłoby się na niechlubnym portalu, którego adresu nie podam, ani nawet nie wspomnę, że w swej nazwie zawiera określenie „wiocha”.
    W skrócie: po drodze trafił mi się aparat cyfrowy, który szybko przestał wystarczać i chyba po trzech latach zastąpiłam go pierwszą lustrzanką. Był też moment, w którym znalazłam się na właściwiej ścieżce, choć jeszcze sama wtedy o tym nie wiedziałam.
    Jak to zwykle u mnie bywa, najlepsze rzeczy, które mnie spotykają, dzieją się przez przypadek. Kiedy więc odpowiedziałam na ogłoszenie, w którym poszukiwano kogoś..., kto pisałby artykuły, po pewnym czasie zaproponowano mi robienie zdjęć. Pierwsza sesja odbyła się przy -15 stopniach. Najbardziej przy tej temperaturze ucierpiał mój mózg, bo nie wzięłam pod uwagę tego, że bardzo szybko rozładują mi się akumulatory w aparacie. W każdym razie – materiał zdobyłam. Kolejne pytanie, czy chciałabym fotografować koncerty, przeraziło mnie. W pierwszym momencie chciałam odmówić, jednak po długiej walce ze sobą, postanowiłam podjąć się tego. Spędziłam kilka dni na czytaniu rozmaitych forów internetowych (a tam – zgadnijcie, co najczęściej się przewijało? „Jak nie wiesz jak robić takie zdjęcia, to nie bierz się za coś takiego!”). Wzięłam sobie do serca wszystkie rady (oprócz tej zacytowanej powyżej, choć to również podcięło mi mocno skrzydła). Łącznie z tym, żeby uważać na chlapanie piwem i na pogo (ok, to sprawdziłam na własnej skórze. Teraz już wiem, że puste miejsce, które czasami formuje się na środku sali, wcale dobrze nie wróży i naprawdę nie warto w nie wchodzić). Summa summarum, to był mój ulubiony fotoreportaż. Połączenie muzyki, ze świetnym oświetleniem i możliwością robienia zdjęć – czego można było chcieć więcej?
    Przyszedł jednak moment, w którym postanowiłam sobie wyżej zawiesić poprzeczkę. Zabrałam moje zgromadzone przez 1,5 roku portfolio i zaniosłam je Osobie, na opinii której bardzo mi zależało. Po pierwsze dlatego, że podziwiałam jej prace, po drugie: bo wiedziałam, że nie będzie owijać w bawełnę. Jednak kiedy usłyszałam, że takie zdjęcia, jak moje, może robić każdy u cioci na imieninach, długo nie mogłam się pozbierać. Dopiero kiedy ochłonęłam, zrozumiałam, że jeśli chce się przedstawić portfolio z reportażu, to gromadzi się materiał z jednej imprezy, a nie ze wszystkich, na jakich się było. Z pewnością nie jakieś pojedyncze urywki, o których w zasadzie niewiele można powiedzieć.
    Pozbierawszy resztki dumy i sfotografowawszy pewne wydarzenie, tym razem już w całości zaniosłam je tej samej Osobie. Przeżywałam katusze, kiedy przeglądała te moje zdjęcia. Jednak kiedy zobaczyłam na jej twarzy zaskoczenie i usłyszałam z jej ust pochwałę, to mi wynagrodziło w zasadzie wszystko.
    Kolejnym krokiem był urodzinowy prezent od mojego przyjaciela. Powstała wtedy strona internetowa (która, jak to w przypadku tak złośliwych ludzi bywa, miała bardzo brzydki adres). Miałam całe dwa tygodnie na wymyślenie dla niej normalnego adresu. W mojej głowie głównie znajdowała się pustka, dlatego poprosiłam o pomoc. Mogłam więc zatem nazywać się:

-FotUla,

-Foto-pstryk,

-Pstryk-pstryk (geneza nazwy jest podlinkowana)

-Urszula Stachowicz Photography na szczęście nikt nie zaproponował – ma się tych przyjaciół z instynktem samozachowawczym. ;)

   Pewnego wieczoru, w jednym z moich ulubionych pubów – Hard Rocku (dziś już R.I.P.), zrodził się pomysł. Co prawda było to tylko złośliwe nawiązanie do mojej wpadki z pokazywaniem portfolio i komentarza, który wtedy usłyszałam, ale w momencie, w którym usłyszałam Imieniny Cioci, wiedziałam, że żadna inna nazwa absolutnie nie wchodzi w rachubę.
    Tak powstała strona. Siłą rzeczy, moja firma nie mogłaby się nazywać inaczej. Myślę, że to właśnie ta nazwa przynosi mi szczęście i trafiam na wyjątkowych ludzi. Z którymi i dla których mogę pracować.
    Ponadto, mam wokół siebie cudownych ludzi, którzy mi pomagają na milion sposobów, motywują mnie, są naprawdę nieocenieni i nie wiem, co bym bez nich zrobiła.